Bitwa pod Grunwaldem czy zbrodnia w Jedwabnem?

Może kompletnie przestrzelę z tym wnioskiem, ale zaryzykuję: dziś historycy mają o wiele lepsze perspektywy życiowe niż kilkanaście lat temu. Zainteresowanie historią przeżywa swój renesans, co widać choćby w liczbie stale ukazujących się magazynów poświęconych dziejom Polski i świata oraz popularności seriali historycznych. Tak, wydaje się, że teraźniejszość zdecydowanie sprzyja i badaczom, i popularyzatorom.

Sondaże nie potwierdzają jednak, jakoby Polacy byli coraz bardziej zainteresowani przeszłością. Przeciwnie, z wyników najnowszych badań Narodowego Centrum Kultury i TNS Polska w najlepszym razie można wyczytać, że zainteresowanie to utrzymuje się na podobnym poziomie, w najgorszym – że od 2006 roku spada. W roku bieżącym 63% ankietowanych zadeklarowało, że interesują się co najmniej najważniejszymi sprawami związanymi z historią/przeszłością, co nie wydaje się złym wynikiem, choć oczywiście daleko nam do realizacji idei – a może utopii? – narodu świadomych obywateli.

Niezwykle ciekawe są za to zmiany, jakie zachodzą w postrzeganiu „społecznych funkcji przeszłości”, czyli mówiąc prościej – w poglądach, po co w ogóle poznawać historię. Dziś zdecydowanie rzadziej niż choćby w 2003 roku uważamy, że historia magistra vitae est, czyli że jest to wiedza przydatna w teraźniejszości. Silnie wzrosło natomiast przekonanie, że historia to „podstawa tożsamości jednostki, świadomości narodowej”.

Rzeczywiście, trudno zaprzeczyć, że historia, a właściwie jej znajomość, to obok kultury, języka i może religii, zasadniczy składnik tożsamości narodowej. Świadomość narodowa to jeszcze niekoniecznie jakiś rodzaj dumy z pochodzenia, ale nie ulega wątpliwości, że edukacja historyczna (realizowana nie tylko w szkole) może być tak ukształtowana, by formować obywateli w poczuciu dumy narodowej. Polacy jako wydarzenia, z których można być dumnym, wskazują między innymi wybór Karola Wojtyły na papieża, obalenie komunizmu, odzyskanie niepodległości w 1918 roku, bitwę pod Grunwaldem, powstanie warszawskie, powstanie „Solidarności”, ale i osiągnięcia sportowe.

Skoro historię, co raczej nie ulega wątpliwości, można przez szkołę, film, literaturę itp. wykorzystywać do tworzenia poczucia dumy, to czy da się zrobić z niej narzędzie do kształtowania u kogoś przeciwnego uczucia? Czy słyszeliście o pedagogice wstydu? Określenia tego używa się (raczej w środowiskach określanych jako „prawicowe”) na oznaczenie linii opowiadania o historii, która ma być charakterystyczna dla establishmentu III Rzeczypospolitej – skupiania się na ciemnych plamach polskiej historii, szczególnie zaś na podkreślaniu postaw i zbrodni antysemickich. Najsłynniejszymi dziełami pedagogów wstydu mają być publikacje Jana Tomasza Grossa czy takie filmy z lat ostatnich, jak Ida czy Pokłosie. Pedagogika wstydu może też polegać na wytykaniu bieżących wad narodowych, np. pijaństwa, chamstwa, skłonności do kradzieży, kurczaków w sreberkach, parawaningu i tak dalej.

Myślę, że nikt poważny nie sądzi, że w dziejach Polski są tylko powody do dumy, jak i odwrotnie – że mamy wyłącznie powody do wstydu. Rzecz idzie nie o to, a o właściwe rozłożenie akcentów. Czy skupiać się na promowaniu wielkich polskich osiągnięć, żeby kształtować miłość do Polski, czy raczej rozważać głównie niechlubne karty historii, tak by zrozumieć, co doprowadziło nas w te ciemne zaułki? Uważam, że jedyna słuszna odpowiedź brzmi: to robić i tamtego nie zaniedbywać. Tymczasem wydaje się, że obie strony polskiego sporu o edukację historyczną (wolę nie używać pojęcia polityki historycznej) zapominają o jednym lub o drugim. Oskarżani o hurraoptymizm narodowy grzeszą nadmiarem ostrożności w wypowiedziach choćby dotyczących pochodzenia sprawców pogromu kieleckiego (czego przykładem słynna rozmowa sprzed kilku miesięcy z minister Anną Zalewską), zaś obwiniani o uprawianie pedagogiki wstydu zdają się nie zauważać, że o rzeczach chwalebnych też trzeba czasem powiedzieć coś głośno, nie traktując patriotyzmu jako sprawy intymnej. O tym ostatnim kłopocie pisał jakiś czas temu Jerzy Sosnowski dla „Tygodnika Powszechnego”, w tekście „Naród nie znosi próżni”, będącym swoistym samorozliczeniem z pełnienia roli nauczyciela. Warto zacytować nieco dłuższy fragment z tego bardzo wartościowego artykułu: Dziś już się nie pamięta, że manifestacje patriotyzmu były zasadniczym składnikiem propagandy PRL-u co najmniej od 1956 r., a już z pewnością – bo to pamiętam – od czasów Gierka. Po zdławieniu rzeczywistych narodowych aspiracji 13 grudnia 1981 r. ta obsesja, żeby wszystko było narodowe (łącznie z Wojskową Radą Ocalenia NARODOWEGO), naprawdę przyprawiała o mdłości. Dlatego chcieliśmy jako nauczyciele wychować pokolenie niemające podobnej traumy; kierowaliśmy się myślą wyrażoną klarownie w wierszu Jana Kasprowicza (skądinąd bynajmniej nie lewicowca): „Rzadko na moich wargach”. Uczucie do ojczyzny wydawało się nam zarazem oczywiste i intymne. Nasi uczniowie mieli być Polakami nie poprzez gromkie skandowanie bogoojczyźnianych haseł, ale przez krytyczne i mądre przywiązanie do tradycji, rozumianej jako punkt wyjścia ich samodzielnego życia.

Nawet jeśli w ostatnich latach tak zwany establishment praktykował pedagogikę wstydu, to – zauważyć trzeba – z bardzo marnym skutkiem. Dla przykładu, obecnie tylko 4% zbadanych przez NCK i TNS, w odpowiedzi na pytanie o wydarzenia przynoszące Polakom wstyd, wskazało zbrodnię w Jedwabnem. Cztery osoby na sto! Po 1% wymieniło pogromy Żydów ogółem i pogrom kielecki, przy czym zaznaczyć trzeba, że można było wskazać więcej niż jeden przykład wydarzenia przynoszącego wstyd. Oczywiście wyjaśnienia tego typu wyników mogą być różne – może to kwestia nie najlepszej pamięci, bo przecież nie pytano o stosunek do określonych wydarzeń, ale poproszono o ich wymienienie z głowy. Może gdyby zapytać wprost o zjawiska antysemickie, obraz byłby inny. Ale nie znosi to jeszcze tezy, że pedagogika wstydu (o ile w ogóle istnieje), nie przynosi efektów, a przynajmniej – trwałych efektów. 79% ankietowanych stwierdziło bowiem, że woli być obywatelem Polski niż jakiegokolwiek innego kraju świata. 55% (wzrost z 33% w 2003 roku!) twierdzi, że „ogólnie rzecz biorąc, Polska jest lepszym krajem niż większość innych krajów”, a 51% (wzrost z 30%!), że „świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków”. Widać więc wyraźnie, że poziom dumy narodowej rośnie, i to w imponujący sposób, a nie maleje. Warto też zauważyć, że i „drugiej stronie sporu” trudno skłonić rodaków do odczuwania wstydu czy moralnego potępienia, skoro Lecha Wałęsę za postać, która jest powodem do dumy dla Polaków, uważa 20% ankietowanych (przegrał tylko z Karolem Wojtyłą – 46%), a w panteonie hańby narodowej umieścił go tylko jeden na stu badanych (!). Co więcej, w tej ostatniej kategorii w 2003 roku Lech Wałęsa zdobył aż 9% głosów, więc spadek jest niezwykle wyraźny, pomimo biograficznych zawirowań wokół Prezydenta.

Na marginesie pozwolę sobie na uwagę, że właśnie przykład Lecha Wałęsy pokazuje, że Polaków nie trzeba traktować jak dzieci, którym należy palcem wskazać, kto jest bohaterem, a kto zdrajcą. I nie mówić przypadkiem zbyt wiele, żeby nie doszły do niewłaściwych wniosków. Może jest w nas dużo więcej zdrowego rozsądku niż sami podejrzewamy. A nasi herosi nie muszą mieć krystalicznych życiorysów, ważne, by na końcu zachowali się jak trzeba. Nie może być zresztą inaczej, skoro częścią naszej narodowej mitologii jest Andrzej Kmicic. Historycy, politycy, dziennikarze, artyści – nie brązujcie życiorysów, to do niczego dobrego nie doprowadzi.

Przeraża mnie natomiast, że dokładnie połowa ankietowanych w omawianym tu badaniu zgodziła się z twierdzeniem, że „należy popierać swój kraj nawet, gdy postępuje niewłaściwie”. Może wynika to z faktu, że w historii narodowej brakuje nam raczej spektakularnych zbrodni państwowych (Jedwabne czy endeckie wyczyny z lat 30. XX wieku to nie wydarzenia związane z działalnością władz polskich), bowiem wyraźnie Polski Ludowej nie traktujemy jako naszego państwa, a coś w rodzaju narzuconej struktury. Świadczy o tym choćby popularność obalenia komunizmu na liście momentów chwały. Nawet jeśli to niedostatek (dzięki Bogu) złych doświadczeń jest przyczyną takiego stanu świadomości Polaków, to i tak dziwi mnie krótkowzroczność ankietowanych i łatwe usprawiedliwianie państwowych występków. Gdybym był Niemcem, to wzorem patriotów byliby dla mnie Sophie i Hans Schollowie czy spiskowcy z Czarnej Orkiestry, a nie NSDAP-owcy i SS-mani, popierający swoje państwo właśnie wtedy, gdy dopuszczało się zbrodni.

Czy można banalniej skończyć rozważania na jakikolwiek temat niż przez zalecenie umiaru i odwołanie się do zasady złotego środka? Pewnie nie, ale co poradzić, skoro mimo swojej trywialności jest to wskazówka tak często zapominana. Mamy zbyt wiele zbyt pięknych kart historii i zbyt wiele niezwykłych bohaterów, żeby pozwalać im kurzyć się w zapomnieniu. To bogactwo, z którego trzeba korzystać i uczyć się, jak postępować właściwie. Wyciągać z niego naukę dla siebie samego, bo tak, jestem mocno przekonany, że historia jest wielką nauczycielką życia i ubolewam, że coraz mniej Polaków traktuje ją w ten sposób. I właśnie dlatego, że historia magistra vitae est, nie powinniśmy odwracać wzroku od tego, co w niej mało chlubne. Bo i z tego płynie cenna lekcja na przyszłość.