Binge-watching – choroba XXI wieku?

Portale, które transmitują (ang. streaming) wideo online, niewątpliwie zrewolucjonizowały rynek filmowy i telewizyjny na wielu płaszczyznach. Statystyki jasno pokazują, że coraz więcej osób korzysta z jednej lub kilku takich platform.

Jedna z nich, wraz z udostępnieniem w sieci serialu House of Cards,  spowodowała wiele zamieszania na rynku VOD (ang. Video On Demand, czyli wideo na  życzenie). Rewolucyjne okazało się nie tylko udostępnienie całego sezonu w internecie, lecz także upowszechnienie nowego modelu oglądania.

Binge-watching – czy to już styl życia?                                                                         

Zapewne nieraz spotkaliśmy się z tym określeniem – ale co ono właściwie oznacza? Binge-watching lub binge viewing to zjawisko kompulsywnego oglądania kilku odcinków serialu z rzędu, które nierzadko kończy się obejrzeniem całego sezonu w jeden wieczór. Termin, tak samo jak branża VOD, jest młody, lecz całkowicie zawłaszczył sobie użytkowników portali streamingowych. Już nie musimy martwić się o przerwę wakacyjną, która wymuszała oczekiwanie na nowe odcinki, bo po obejrzeniu jednego odcinka automatycznie ładuje się i uruchamia kolejny i kolejny… Rosnący trend i potencjał zauważyli też oczywiście twórcy filmowi. Teraz po zakończeniu przygody z jedną produkcją, pojawia się inny ciekawy tytuł i następny, i tak dalej.

Jestem binge-watcherem – czy to  źle?

Społeczność binge-watcherów opanowała nie tylko środowisko internetowe – o serialach rozmawia się w pracy, w szkole czy przy rodzinnym stole. Fakt, że można obejrzeć kilka odcinków naraz, pozwala niejako połączyć się z ulubionymi bohaterami i czuć się jakbyśmy przebywali razem z nimi. W pewnym stopniu jest tak, jakbyśmy czytali ulubioną książkę – ile razy chcieliśmy zakończyć lekturę, a jednocześnie pragnęliśmy dalej śledzić losy ukochanych postaci?

Analogia między molem książkowym a binge-watcherem jest zauważalna – czytając, sami decydujemy, czy odłożymy publikację na jutro, czy zarwiemy noc dla ukochanej książki. Podobnie jest z odcinkami seriali oglądanymi jeden po drugim. Do niedawna model odbiorczy był inny – trzeba było czekać minimum tydzień na nowy odcinek, co z kolei wpływało na to, że było mnóstwo czasu do przemyśleń na temat obecnej sytuacji bohaterów, w głowie mnożyły się nam możliwe dalsze scenariusze i niejednokrotnie czekaliśmy na premierę nowego odcinka z zapartym tchem. Binge-watching niewątpliwie zmienił zasady gry o 180 stopni, ale w mojej opinii jest to zmiana na lepsze. Teraz to my decydujemy, czy dawkować sobie wrażenia filmowe, czy też obejrzeć całość w jeden weekend. A może tylko nam się wydaje i już ktoś zdecydował o tym za nas?

Co mówią przeciwnicy?

Jak każda rzecz na świecie binge-watching ma również wielu wrogów, którzy wskazują na wady tego zjawiska. Niewątpliwe zagrożenia dotyczą małoletnich widzów i nietrudno przyznać rację rodzicom zatroskanym o swoje pociechy. Jako ludzie starszego pokolenia wielu z nich nie może zrozumieć, dlaczego ich dzieci tak uparcie siedzą przed ekranem telewizora już czwartą godzinę, zamiast np. uczyć się lub odpocząć w bardziej aktywny sposób. Zapewne prowadzi to do wielu sporów wynikających z różnego poglądu na tę kwestię. Ze zdrowotnego punktu widzenia spędzanie kilku godzin z rzędu przed monitorem czy laptopem jest niezdrowe dla naszego organizmu i skutkuje wadami wzroku czy problemami ze snem. Ponadto istnieją badania, które dowodzą, jakoby binge viewing powodowało poważne zaburzenia emocjonalne u młodych, z których wiele prowadzi do depresji. Oczywiście rzetelność takich badań bywa różna, ale z pewnością każdy zgodzi się, że przesadna ilość spędzanego w ten sposób czasu nie wpływa pozytywnie na nasze zdrowie i prowadzi do uzależnień.

Binge-watching ma swoich przeciwników również w gronie osób z poprzedniej epoki, a więc zakochanych w swoim dzieciństwie bez smartfona i tableta. Wielu z nich uważa, że starszy sposób  oglądania jest o niebo lepszy i mimo możliwości obejrzenia całego serialu naraz, ogląda go z „tygodniowym umiarem”. Postęp sprawił, że zasady zmieniły się całkowicie i możemy je albo zaakceptować, albo żyć, tęskniąc za swoim dzieciństwem w czasach wolnych od internetu.

Zatem, czy mamy się czego bać?

Zapewne część z was, czytając ten artykuł zdało sobie sprawę, że należy do społeczności binge-watcherów. Czy jest się czym przejmować? Z pewnością powód do zmartwień byłby wtedy, gdyby to kompulsywne oglądanie było jedyną formą spędzania czasu wolnego. Pojawiające się niczym grzyby po deszczu nowe produkcje zachęcają do oglądania, ale przecież nie wszystkie będą dla nas wystarczająco interesujące i warte zobaczenia. Jeśli jednak kolejny raz budzimy się z podkrążonymi oczami od nocnego seansu albo okazuje się, że miniony weekend to właściwie tylko odhaczony sezon serialu – to zdecydowanie czerwone światło i sygnał, że czas na przerwę.

Słuchajmy swojego organizmu i nie ignorujmy ziewania, które przypomina nam, że już pora na sen. Być może warto także zrezygnować na jakiś czas z konta na platformie VOD lub podzielić się dostępem (i kosztami) ze znajomymi tak, by wyeliminować możliwość oglądania na jakiś czas (np. miesiąc lub kwartał). Granica pomiędzy byciem binge-watcherem a byciem uzależnionym jest bardzo cienka.

Przemysław Świerad


Dodaj komentarz